Chcesz być WIELKI na polskim rynku e-commerce? Rozpowiadaj na wszystkie strony ile milionów zł przychodu wygenerował twój sklep i idź z tym na giełdę. Bo przecież nie będziesz się chwalił zyskiem netto, którego nie ma (lub jest bardzo malutki)?
Podobne teksty:
74 mln, 45 mln, około 30 mln – olbrzymie kwoty, które możemy znaleźć w informacjach prasowych największych e-sklepów dotyczą zwykle obrotu, czyli wygenerowanej sprzedaży. Liczby są imponujące, jednak żadna z firm aspirujących do miana liderów w swoim segmencie nie podaje ile tak naprawdę jej z tego przychodu zostaje.
Firmy zasłaniają się ciągłymi inwestycjami, rosnącymi kosztami zatrudnienia i podatkami. Te”zasłony” dotyczą jednak każdego przedsiębiorstwa, a idea handlu (maksymalnie upraszczając) polega na tym, żeby na obrocie towarami zarabiać. W praktyce sporo sklepów nie ma jednak zysków zbliżonych do dobrze umiejscowionego warzywniaka w większym mieście.
Dlaczego? Internetowi przedsiębiorcy ciągle myślą, że żeby sprzedać najważniejsza jest jak najmniejsza cena. Że inaczej mogą zapomnieć o kliencie. Że nie ma czegoś takiego jak dobra obsługa klienta, szybka dostawa. Najlepiej wciskać ludziom jak najwięcej produktów i na 10-ciu paczkach zarabiać 5 zł. Byleby przychody były większe. Później można się pochwalić cyferkami w informacji prasowej przygotowanej z okazji podsumowania roku.
To prowadzi do sytuacji, że bardzo szybko wiele osób zauważa, że zwyczajnie nie opłaca im się prowadzić e-sklepu. To nie jest rynek gdzie najwięksi rozdają karty – tutaj Twoją konkurencją jest nawet pan Miecio handlujący na Allegro byleby mieć 2 zł na jednym towarze. Pan Miecio się utrzyma, ale kilkunastoosobowa spółka nie może sobie pozwolić na 2 zł zarobku na towarze. A jak ma wyższe ceny, to nikt u niej nie kupuje.
Podawanie tak dużych kwot ma jeden efekt: ludzie myślą, że każdy “kosi” olbrzymie sumy na sprzedawaniu przez internet i coraz więcej osób chce spróbować swoich sił w tej branży. Pojawia się też mnóstwo firm/instytucji finansowych, które chcą zainwestować w tę branżę, bo tutaj leży przyszłość i “tylko popatrzcie jak to się szybko rozwija”.
Tak nie jest. Sklep internetowy to naprawdę spora, długoterminowa inwestycja, która nie zwraca się po pierwszym miesiącu działalności. Wie to każdy, kto kiedykolwiek próbował zawojować rynek swoją e-sprzedażową marką. O lokalnym warzywniaku wie sporo osób, które codziennie kręcą się w jego okolicy. A założenie nowego e-sklepu to jak postawienie warzywniaka na środku pustyni. Dopiero z czasem przenosimy go w coraz atrakcyjniejsze miejsca:)







Dyskusja (5 komentarzy)
oczywistosci oczywistosci
swieta prawda
Dobre porównanie z pustynią :)
Ja prowadzę już swój jeden sklep rok a drugi dwa lata, dopiero teraz zaczynam widzieć jakieś efekty a pracuję bardzo dużo. Z tym że cały czas z miesiąca na miesiąc wygląda to coraz lepiej i przyśpiesza. W tamtym miesiącu zatrudniłem pierwszego pracownika i żałuję że nie zrobiłem tego wcześniej bo teraz praca ruszyła z kopyta :)
Życzę powodzenia wszystkim małym przedsiębiorcom.
[...] i początkowo może być dużo mniej opłacalne niż tradycyjna sprzedaż (sam pisałem o tym w notce z początku 2008 roku). Zgadzam się ze wszystkimi przytoczonymi argumentami (zwłaszcza [...]
[...] prywatnych akcentów dodam, że temat i początek jednej prezentacji był inspirowany moim wpisem ze stycznia poprzedniego roku (padło tam zdanie o tym, że “założenie nowego e-sklepu to [...]