eKomercyjnie.pl

Zapraszamy Ciebie i Twój sklep do udziału w akcji Dzień Darmowej Dostawy 2016! Zgłoś się już teraz »

Prawda o podnoszeniu konwersji

W poniższym materiale chcę pokazać praktyczne sposoby podnoszenia konwersji. Nie będzie tutaj magii w stylu marketingowych intuicji. Rozważania opieram na dwóch źródłach: badaniu przeprowadzonym przez Ideacto na dwóch średniej wielkości sklepach polskich (eyetracking i user testy, pisaliśmy o nim m.in. tutaj) i raporcie firmy Elastic Path – The Ecommerce Checkout Report. A Quantitative Look at the Tactics of the Top 100 Retailers.

Badanie przeprowadzone przez Ideacto potwierdza, że w procesie zakupowym użytkownicy są mocno skupieni na zawartości koszyka. Podczas badań eyetrackingowych okazało się, że widoczna podczas kolejnych kroków zawartość koszyka była przedmiotem dużego zainteresowania badanych.

Użytkownicy nie zwracali uwagi na inne elementy koszyka. Większość nie czytała opisów tekstowych, nawet gdy zawierały istotne informacje – jak czas realizacji zamówienia. Także prezentacja w koszyku produktów powiązanych spotykała się z małym zainteresowaniem. Przy zakupach produktów o niższej wartości wyświetlanie produktów powiązanych w koszyku powodowało wręcz spadek konwersji.

Kupony zniżkowe powodują zwiększenie konwersji (przekonują wahających się użytkowników), ale musimy znaleźć sposób na wcześniejsze ich dostarczenie. W sklepach z elektroniką i komputerami, gdzie pojawiają się kupony promocyjne, konwersja jest o 40% wyższa niż tam, gdzie ich brak. Niemniej kupony pozostają nadal dość kontrowersyjną metodą wsparcia konwersji – głównie ze względu na wyłom w polityce cenowej, jaki może spowodować zbyt mocne ich promowanie.

Umieszczenie w koszyku opcji zamawiania dodatkowego ozdobnego opakowania, również może mieć negatywny wpływ na konwersję. Wydawać by się mogło, że wszelkie formy odciągania użytkownika od widoku jego koszyka są ryzykowne i teza ta potwierdza się przy zakupach o niskiej wartości. Przy zakupach droższych użytkownicy chętniej korzystają z nawigacji (np. menu) i wyszukiwania, wychodząc z procesu zakupowego.

Droższe zakupy są zwykle mocniej umotywowane na płaszczyźnie racjonalnej, dlatego też takie chwilowe wyjście z procesu nie zwiększa współczynnika porzuceń koszyka. Dla przykładu – przy zakupach tańszych dwuprocentowy wzrost konwersji następował, gdy użytkownik nie był „odciągany” od procesu zakupowego i zmuszany do tworzenia konta lub logowania się. Przy zakupach droższych konieczność rejestracji nie miała wpływu na konwersję.

Obalono mit konieczności zmniejszania ilości kroków w procesie. Liczba kroków nie ma większego wpływu na konwersję. Najważniejsza jest płynność w realizacji zakupu, optymalizacja pól formularza, ale nie liczba kroków.

Autor wpisu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Zobacz kolejny artykuł

Przez oszczędność do bankructwa, czyli o roli marketingu w sklepie internetowym

„Sklep internetowy to biznes idealny – trochę pracy na początku, a później już samo się kręci…” – ile setek sklepów internetowych zostało założonych przez tak myślących oportunistów z zerowym budżetem, brakiem umiejętności i pracą na etat na karku? Ilu zrezygnowało po kilku miesiącach wyczerpując budżet lub zniechęcając się brakiem wyników? Niejeden dostawca oprogramowania utrzymuje się na rynku dzięki wpłatom od sklepów, które nigdy nic nie zarobiły. Zastanówmy się co zrobić, żeby nie zostać jednym z bankrutujących sponsorów takich firm.

Jednym z głównych pomysłów na prowadzenie sklepu internetowego jest utrzymywanie kosztów na poziomie absolutnego minimum. Idea jak najbardziej słuszna, ale źle zrozumiana może łatwo doprowadzić do biznesowej tragedii. Postaram się pokazać na przykładach jak nie dać się sprowadzić na manowce poprzez skupianie się wyłącznie na kosztach. Zabawimy się w projektowanie uproszczonego modelu finansowego sklepu internetowego rozpoczynającego działalność. Zacznijmy od nakreślenia tła dla tych eksperymentów.

Nasz sklepowy biznes rozkręcamy na poważnie. Przede wszystkim – mamy 15 000zł kapitału. W ramach bardzo dużego uproszczenia zakładamy, że towar jest już na stanie magazynowym i nie mamy problemu z jego odtwarzaniem. Projektując własny model finansowy z pewnością ujmiecie to w obliczeniach, ale rozważanie wpływu terminów płatności faktur na płynność finansową wykracza poza zakres naszego dzisiejszego eksperymentu.

Dla czystości sumienia możecie założyć, że budżet był pierwotnie o 5000zł wyższy i ta kwota jest cały czas trzymana w towarze. Kapitał decydujemy się przeznaczyć na szeroko pojętą działalność sklepu, w tym utrzymanie naszej skromnej osoby, na co przeznaczamy 3000zł miesięcznie. Ta swoista „wypłata” pozwala nam się w pełni skupić na rozkręcaniu działalności w dążeniu do lepszego jutra, więc odważnie patrząc w przyszłość rzuciliśmy pracę na etacie. Wygospodarowany w ten sposób czas angażujemy na rzecz sklepu pracując nad zwiększeniem liczby odwiedzających. Popracowaliśmy nieco wcześniej tworząc ciekawe treści przyciągające naszą przyszłą klientelę do sklepu, więc już na początku możemy oczekiwać 2000 odwiedzających miesięcznie. Czas poświęcony na przyciąganie klientów procentuje i w naszej zabawie możemy się spodziewać, że ruch będzie wzrastał dzięki temu o 10% miesięcznie. Wiedząc co nieco o e-handlu i stosując tą wiedzę w praktyce oczekujemy umiarkowanej konwersji na poziomie 1,5% przy średnim zamówieniu wartym 150zł i całkiem atrakcyjnej marży 20%.

W pierwszym scenariuszu zdajemy się całkowicie na własne umiejętności i nie inwestujemy ani grosza w reklamę. Spójrzmy na projekcję liczby odwiedzin i zamówień w ciągu pierwszych dwunastu miesięcy działalności.

Wykres wygląda zachęcająco, a pierwszy rok skończymy realizując 85 zamówień w ostatnim miesiącu. Optymistycznie nastawieni decydujemy się na przyjrzenie się prognozie stanu finansów naszego sklepu, tym razem w nieco szerszym przedziale.

Nie wygląda to dobrze. W dziesiątym miesiącu działalności wyczerpany został budżet, co oznacza najzwyklejsze bankructwo. Teoretycznie osiemnaście miesięcy po uruchomieniu sklepu wracamy na prostą, ale w praktyce nieco ponad pół roku wcześniej stanęliśmy za ladą znanej międzynarodowej sieci fast-food na literę M i od tego czasu czekamy, aż zaczną do nas mówić „Panie kierowniku”, a w sklepie internetowym pojawiła się informacja „wracamy wkrótce”. Wygląda więc na to, że przy opisanych wyżej założeniach i ograniczeniach nie ma możliwości utrzymania tego sklepu na powierzchni. A może jednak?

W drugim scenariuszu decydujemy się część posiadanego kapitału zainwestować w reklamę. Podobnie jak wcześniej, podchodzimy do tego rozsądnie, dzięki czemu udaje nam się pozyskać odwiedzającego (nie klienta!) za 50gr „od głowy”. Do tych odwiedzających stosujemy tą samą wartość konwersji co do pozostałego ruchu, czyli 1.5%. Część z pozyskanych w ten sposób odwiedzających zasila szeregi osób, które odwiedzają sklep z własnej woli. Załóżmy, że będzie to 10% spośród nich – może kiedyś coś kupią. Na płatne działania reklamowe decydujemy się przeznaczać 500zł miesięcznie. Jak teraz prezentują się odwiedziny i zakupy?

Proporcje są oczywiście te same, ale tym razem po roku obsługujemy już 128 zamówień, czyli o 50% więcej niż w poprzednim scenariuszu. A jaki jest stan finansów dodatkowo obciążonych kosztami reklamy?

Niespodzianka! Wydając więcej jesteśmy bogatsi, a co ważniejsze – tylko ocieramy się o dno własnej kiesy, nie wpadamy jednak w otchłań długów. Porównując stan finansów z obu scenariuszy zauważysz, że w pierwszym na początku wydajemy mniej i dzięki temu wciąż mamy więcej pieniędzy na koncie. W drugim scenariuszu rozsądnie dobierając budżet reklamowy wydajemy pieniądze szybciej, ale jednocześnie szybciej zbliżamy się do punktu, w którym zysk ze sprzedaży przekracza koszty (naszą pensję + koszt reklam).

Tym artykułem chciałem pokazać, że trzymanie się minimalnych kosztów nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem w biznesie. Taka strategia wydaje się dobra, ale powoduje, że możemy nie doczekać owoców swojej pracy. Zawsze warto rozpatrzyć kilka scenariuszy i przeprowadzić kilka eksperymentów. Przygotowanie tego modelu finansowego wraz z napisaniem całego artykułu zajęło mi kilka godzin, ale czyż nie było warto? Bez tych danych mógłbym zdecydować się na opcję niskokosztową, a w ten sposób stracić 15 000zł i 10 miesięcy życia.

Dla mnie to był tylko eksperyment myślowy i okazja do pobawienia się wykresami, bo wcale nie zamierzałem zakładać sklepu internetowego. Poświęciłem jednak swój czas i jestem zadowolony z rezultatów. Czy uruchamiając biznes, niekoniecznie sklep internetowy, możesz sobie pozwolić na poddanie się koncepcji „jakoś to będzie”, czy może odrobisz własną lekcję?

Robert Janeczek – Prezes Zarządu G-Forces Web Management Polska sp. z o.o. i zubibu sp. z o.o. Zaangażowany od początku w projekt tworzenia nowoczesnej platformy e-handlowej e-Trade Pro, sprzedawanej z sukcesami również w Wielkiej Brytanii jako Tiger Commerce. Czasami jeszcze „dłubie w kodzie”, ale głównie zajmuje się planowaniem strategii produktowej zarządzanych spółek. Ostatnio wprowadza sklepy internetowe w erę mobile commerce oferując usługę zubibu pozwalającą błyskawicznie uruchomić mobilny sklep internetowy. Zapowiada, że wkrótce ujawni kolejne ciekawe projekty.

Autor wpisu

1 komentarzy do tekstu

  1. Kolejna bardzo ważna informacja dla początkujących.
    Dzięki.

    Odpowiedz ↓

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Zobacz kolejny artykuł

Mama prowadzi sklep internetowy – wywiad z Anną Gancarczyk, FotoKoszyk.pl

Zapraszam na zapowiadany kilka dni temu wywiad. Ania Gancarczyk ze sklepu FotoKoszyk.pl zgodziła się opowiedzieć o tym, jak połączyła ze sobą pracę w sklepie internetowym i wychowywanie małych dzieci. Zobaczcie, w jaki sposób udało jej się to osiągnąć.

Ewa Bartnik (eKomercyjnie.pl): Czym zajmowałaś się przed założeniem sklepu internetowego i jak zaczęła się Twoja przygoda z e-commerce?

Anna Gancarczyk (FotoKoszyk.pl): Pracowałam w biurze szkoły językowej. Do pracy chodziłam na 14.00, wracałam po 22.00. Miałam sporo wolnego czasu przed południem, więc pomagałam mężowi, który jest fotografem. Razem założyliśmy atelier fotograficzne i w soboty robiliśmy zdjęcia parom nowożeńców oraz dzieciom. Mieliśmy sporo klientów, którzy nas polecali, więc mieliśmy dużo pracy. Wydawaliśmy bardzo dużo zdjęć ślubnych i chcieliśmy, żeby nasi klienci mogli otrzymać je w jak najpiękniejszej oprawie. Dlatego zaczęliśmy sprowadzać różne albumy ślubne do naszego studia. Zadziałał marketing szeptany i nagle zaczęły do nas przyjeżdżać pary, którym nie robiliśmy zdjęć. Dowiedzieli się od znajomych, że mamy bardzo duży wybór albumów ślubnych. Tak znaleźliśmy naszą niszę i szybko podjęliśmy decyzję o założeniu e-sklepu.

EB: Kiedy powstawał sklep Fotokoszyk.pl, Twoja córka, Maja, miała niespełna 2 lata. Czy uważasz, że to był dobry moment na rozpoczęcie nowej pracy?

AG: Tak, to był świetny moment na rozpoczęcie czegoś nowego. Szansa, żeby zrobić coś od podstaw, tylko dla siebie. Wcześniej nie dałabym rady – urodzenie pierwszego dziecka to był szok i musiałam się z tego otrząsnąć :)

EB: Jak wyglądały początki Fotokoszyka? Kiedy pojawiły się pierwsze zyski i co sprawiło, że zupełnie zrezygnowałaś z pracy na etacie, żeby poświęcić się prowadzeniu e-sklepu?

AG: Pomysł na sklep narodził się na początku 2007 roku. Wdrożenie sklepu i wstępne uzupełnienie bazy produktów potrwało do kwietnia, a pierwsze zamówienie było już w maju! Przez cały ten okres dużo czytałam na temat e-commerce, do tej pory szukam informacji na ten temat, między innymi na waszej stronie:) Zyski pojawiły się dość szybko, ale były w całości inwestowane w rozwój sklepu. Dlatego długo pracowałam jednocześnie na etacie (po urodzeniu córki przeszłam na 3/4 etatu) i w sklepie. Dopiero teraz, po urodzeniu drugiego dziecka, podjęłam decyzję o „zostaniu w domu z dziećmi” i nie wróciłam do wcześniejszej pracy. Możliwość pracy tylko w sklepie to dla mnie luksus, na który ciężko pracowałam przez 3 lata.

EB: Jak oceniasz swoje e-handlowe początki z perspektywy czasu? Co zrobiłabyś inaczej, gdybyś miała tę wiedzę i doświadczenie, co dzisiaj? Może wcześniej zrezygnowałabyś ze stałej pensji na rzecz własnego biznesu?

AG: Nie zmieniłabym chyba niczego, chociaż pewnie podjęłam kilka złych decyzji. Miałam świadomość, że czeka mnie bardzo dużo pracy, także po nocach i w weekendy. Wiedziałam, na co się decyduję i sądzę, że dzięki temu wszystko się udało. Zbyt wczesna rezygnacja z etatu spowolniłaby rozwój sklepu. Cały zysk wypracowany przez FotoKoszyk był z powrotem inwestowany, głównie w magazyn. Pensja ze szkoły była po prostu potrzebna na nasze utrzymanie. Poza tym, bardzo lubiłam i nadal lubię osoby, z którymi pracowałam. Praca zdalna, w domu, wiąże się z izolacją od społeczeństwa. Obracasz się tylko w kręgu rodziny i dzieci – bardzo się tego bałam.

EB: FotoKoszyk prowadzisz wspólnie z mężem, zatrudniacie też kilku pracowników. Jak wygląda Wasz podział obowiązków?

AG: Ja zajmuję się stroną merytoryczną i marketingową, zatrudniam pracowników, robię opisy do produktów, przygotowuję zamówienia do dostawców i staram się „zarządzać” wszystkim i wszystkimi. Mąż obsługuje klientów i zajmuje się reklamacjami. Pracownicy zajmują się kompletowaniem zamówień, pakowaniem paczek oraz magazynem, a księgowa obsługuje płatności.

EB: Wasz sklep ma swoją siedzibę poza domem. Część pracy na pewno możesz wykonywać przebywając w mieszkaniu, ale musisz także pojawiać się w biurze. Kto wtedy zajmuje się dziećmi?

AG: Przez pierwszych 6 miesięcy życia synka pracowałam tylko zdalnie w domu. Dopiero od 3 tygodni jestem w biurze 3 razy w tygodniu na 4 godziny. Synkiem zajmuje się wtedy niania. Kiedy Adaś skończy rok, planuję przyjeżdżać do biura codziennie. Teoretycznie tę samą pracę mogę wykonać w domu, ale takie wyjazdy są potrzebne dla higieny umysłowej.

EB: Czy masz jakieś ustalone godziny wyjść do pracy? Jak wygląda Twój plan dnia?

AG: Codziennie zawożę córkę do przedszkola na 8.20. W poniedziałki, środy i piątki jeżdżę do biura i zostaję tam do 13.30. Potem wracam do domu na karmienie Adasia i odbieram Maję z przedszkola. We wtorki i czwartki wracam do domu od razu po odwiezieniu córki. Jak synek śpi, to pracuję. Niestety, śpi tylko w wózku, więc siedzę w fotelu i bujam wózek nogą, a na kolanach mam laptopa. Przyznaję, że w domu mój laptop i ja jesteśmy nierozłączni. No i niestety, jak jest coś pilnego, to synek siedzi na podłodze w stosie zabawek, córka przed TV lub komputerem, a ja odpisuję na maile, przygotowuję zamówienia lub oddzwaniam. To nie jest tak, że mam idealnie grzeczne dzieci, które z pokorą siedzą i czekają aż mamusia skończy rozmawiać. Synek miał trzy miesiące, kiedy wyciągnął klawisze z laptopa i nieraz odciągałam go od doniczki z ziemią czy gniazdek elektrycznych. Córka jest starsza i można ją zawsze przekupić obietnicą późniejszej zabawy, ale łatwo nie jest.

Wracając do mojego planu dnia – dzieci idą spać o 20.30, więc do północy mam trzy i pół godziny wypełnione pracą. Odpoczywam w międzyczasie:)

EB: Czy przy tak napiętym grafiku masz jeszcze czas dla siebie? Mam na myśli fryzjera, kosmetyczkę, spotkanie z przyjaciółką…

AG: Nie da się na dłuższą metę funkcjonować, jeśli nie zapewnimy sobie choćby minimalnej dawki odpoczynku i rozrywki. Staram się o tym pamiętać i w weekendy spotykam się z przyjaciółmi. Średnio dwa razy w miesiącu chodzę na babskie zakupy, a raz na miesiąc do fryzjera. Podczas karmienia dziecka czytam książki, wieczorami gram w gry komputerowe, a ostatnio zaczęłam z córką jeździć konno.

Niestety, kiedyś było inaczej. Przez pierwszy rok sklep pochłaniał cały mój czas. Nawet w nocy śniłam o dostawach i nowych albumach. Klienci potrafili zadzwonić w niedzielę rano z pytaniem: „Jestem na Waszej stronie i tu jest taki album – to on ma okładkę bardziej miodową czy cappuccino, bo nie widzę dokładnie…” Po pewnym czasie nastąpiło wypalenie i zrozumiałam, że dalej tak nie mogę żyć. Wtedy zaczęliśmy wyjeżdżać z Krakowa na całe weekendy – do Zakopanego, Szczawnicy, gdziekolwiek, byle oderwać się od sklepu. Teraz funkcjonujemy bardzo dobrze. Nie wyjeżdżamy już na weekendy, bo z kilkumiesięcznym niemowlakiem cała logistyka wyjazdowa jest zbyt skomplikowana, ale jak synek podrośnie, to pewnie wrócimy do tego zwyczaju.

EB: Adasia urodziłaś w styczniu 2010 roku. Na pewno przez całą ciążę starałaś się jak najlepiej przygotować na ten moment – także pod względem organizacji czasu w domu i w pracy. Z czego musiałaś zrezygnować i jakie zadania przekazałaś innym osobom?

AG: Kilka miesięcy przygotowywałam sklep na moje „odejście”. Udoskonaliliśmy system pakowania i wysyłania paczek. Zadbałam o to, żeby nie zostawić żadnych nie załatwionych spraw. Zrobiłam większe zamówienia u dostawców, aby zapełnić magazyn oraz uprzedziłam wszystkich kontrahentów, że będę dostępna tylko mailowo. Kupiłam laptopa, żeby móc pracować w różnych miejscach w domu. Przygotowałam mojego męża do przejęcia wszystkich moich obowiązków, ale to na szczęście okazało się niepotrzebne.

EB: Co Cię najbardziej zaskoczyło po narodzinach drugiego dziecka?

AG: To, że sobie tak dobrze radzę. Myślałam, że nie będę mogła pracować prze kilka pierwszych tygodni, a może miesięcy. Tak się jednak nie stało i już po kilku dniach od narodzin syna przygotowywałam zamówienia i kontrolowałam sytuację. Z dwójką dzieci jest łatwiej niż z jednym, a raczej… niż z pierwszym dzieckiem. Wiedziałam, że nie będę sypiać dłużej niż 4 godziny na dobę, no i trudno. Przy pierwszym dziecku to był szok, ale teraz wiem, że mogę funkcjonować z tak małą ilością snu. Wszystko opiera się o dobrze ustalony harmonogram oraz pomoc rodziny.

EB: Jak sobie radzisz w sytuacjach, kiedy Twoja obecność jest niezbędna w dwóch miejscach na raz? Szukasz awaryjnej opieki do dzieci i zajmujesz się sklepem, czy może odwrotnie – przekazujesz swoje obowiązki mężowi i pracownikom (nawet jeśli wiesz, że zrobią coś gorzej od Ciebie), a sama zostajesz z dziećmi?

AG: Wszystko zależy od skali wydarzenia, ale dzieci są najważniejsze. Najgorsze, co mnie spotkało, to choroba dziecka i pobyt z nim w szpitalu. Sklepem zajmował się wtedy tylko mój mąż i sklep to przetrwał:) Nie zawalił się, klienci nie odeszli. Co więcej, mąż przejął wtedy część moich obowiązków i do tej pory je wykonuje. Ja zyskałam pewność, że sklep przetrwa beze mnie. Nie jestem niezastąpiona.

EB: Czym właściwie jest dla Ciebie praca?

AG: Dla mnie praca była i jest odskocznią. Pracuję, bo lubię to robić. Lubię mój sklep i moich klientów, więc oderwanie się od pieluch, kaszelków i kolek to błogosławieństwo, a nie przykry obowiązek. Praca w sklepie internetowym to praca 24 godziny na dobę, nie można się do niej zmuszać, trzeba ją lubić, ale w pewnym momencie trzeba sobie odpuścić. Adaś nie spał całą noc, a muszę zrobić coś ważnego? Zrobi to mój mąż albo pracownik. Jeżeli jestem bardzo zmęczona, to robię rzeczy mniej ważne: dodaję produkty albo czytam moje ulubione blogi. Dla mnie to też praca.

EB: My, kobiety, chętnie korzystamy z doświadczenia innych. Ja również prowadzę wspólnie z mężem sklep internetowy, a za dwa miesiące urodzę drugie dziecko. Jakich najważniejszych rad mogłabyś mi udzielić?

AG:

  1. Jak najwcześniej ustal dziecku rytm dnia, bo tylko wtedy będziesz mogła przewidzieć, co i kiedy możesz zrobić.
  2. Zrezygnuj z telefonu służbowego. Wyobraź sobie, że usypiasz dziecko już 40 minut, a tu nagle dzwoni jakiś klient z pytaniem… Ja kontaktuję się tylko mailowo, a sprawy wymagające rozmowy telefonicznej załatwia mój mąż.
  3. Pogódź się z tym, że pewne sprawy nie będą załatwione idealnie (czyli tak, jak ty byś to zrobiła). Osoba, która Cię zastępuje, bardzo się stara, ale nie możesz wymagać, że wszystkiego nauczy się od razu.
  4. Proś o pomoc w opiece nad dziećmi. Gdyby nie moja rodzina, a w szczególności mój tato, to nasz sklep by nie powstał.
  5. Nie bądź niezastąpiona dla swojego dziecka, bo nikt Ci się nim nie zajmie:)
  6. Kup dobrego laptopa, żebyś mogła pracować w różnych miejscach, nie tylko przy biurku.
  7. Korzystaj z http://www.rememberthemilk.com/ lub innego programu czy też iPhone’a, który będzie pewne rzeczy pamiętał za Ciebie.
  8. W weekendy staraj się odpocząć. Jeśli masz jakieś sprawy do załatwienia i mimo wszystko musisz pracować, to zostaw to na niedzielę wieczór.
  9. Jak jesteś bardzo zmęczona, to idź spać, bo narobisz głupstw.

Autor wpisu

1 komentarzy do tekstu

  1. Ja w prowadzenie sklepu wciągnęłam całą rodzinę i teraz zajmuję się już tylko księgowością. Teść z mężem wożą i pakują towar, teściowa i szwagierki wystawiają, ja robię zamówienia i wystawiam faktury w szybkafaktura.pl a potem wprowadzam je do KPiR w tym samym programie, więc bardzo sprawnie to idzie. Nie od razu jednak wpadliśmy na ten system. Wcześniej każdy odpowiadał za swoją część towaru, ale wchodziliśmy sobie w drogę i zdarzały się pomyłki. Każdy z czasem opracuje najlepszy dla siebie sposób pracy.

    Odpowiedz ↓

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Newsletter

BONUS: Jak się robi e-handel w Polsce?
72-stronicowy ebook (pdf)
- zbiór wywiadów z właścicielami sklepów

Zamknij

Najlepsze poradniki i informacje
e-commerce prosto na Twój e-mail!

Bonus dla Ciebie:
PDF, 72 strony!

Wpisz swój adres e-mail, aby rozpocząć prenumeratę newslettera od eKomercyjnie.pl.

Od razu wyślemy do Ciebie:

  • BONUS #1: Jak się robi e-handel w Polsce? Rozmowy z właścicielami sklepów internetowych (magazyn .pdf, aż 72 strony!)
     
  • BONUS #2: Piętnaście gotowych sposobów na ulepszenie sklepu internetowego!
    (poradnik .pdf)