HappySocks.com, czyli skarpetki warte miliony

Autor tekstu Paulina Wawrzyczek
Opublikowano 31 lipca 2017
Kategoria Artykuły
Czas czytania: 5 min

Czy 10 lat temu ktoś rozmyślał nad takimi błahostkami jak skarpetki? Każdy ma swoje upodobania, jeśli chodzi o tę część garderoby. Jedni lubią cieńsze, inni grubsze, białe, czarne, wysokie lub niskie. Skarpetki? Czy ktoś do tego elementu garderoby przywiązuje jakąkolwiek uwagę? Mają spełniać tylko jedno oczekiwanie. Przecież to TYLKO skarpety!

Zbudować imperium w 9 lat

Tymczasem pewna szwedzka marka postanowiła odświeżyć trend i dać nam coś więcej. Miało to miejsce 9 lat temu i w ciągu tych lat ze „zwykłej firmy, która produkuje skarpetki” Happy Socks stał się potentatem wartym miliony.

Zacznijmy może od liczb. W roku 2008 szwedzki brand dopiero zaczynał. Od tego czasu firma sprzedała ponad 40 milionów par skarpetek klientom z 90 krajów. 12 tysięcy sprzedawców na całym świecie. Znane twarze wśród fanów. I bardzo silny trend, który nie tylko szturmem wdarł się w serca klientów, lecz sprawił także, że tak błaha sprawa, jaką są skarpety, okazała się strzałem w dziesiątkę. A to z kolei sprawia, że osoby zajmujące się sprzedażą, reklamą i handlem, klaszczą w dłonie.

Chcesz skarpetki w kropki? Bardzo kolorowe, które idealnie „zluzują” Twój biurowy look? A może szukasz niebanalnego prezentu, jakim zachwyci się każdy? Przecież takie skarpetki to już nie jest zwykła para czarnych, których nikt nie zauważy. Happy Socks poszli o krok dalej – wypuścili serię bielizny, która idealnie komponuje się ze zwariowanymi kolorami i wzorami skarpetek. I takim sposobem pozbyli się raz na zawsze nudy, która królowała w szufladach z tymi częściami garderoby.

O tym, że tego typu towary staną się świetnym pomysłem na prezent, właściciele i założyciele marki wiedzieli od początku. Fajne, inne wzory, taki „luz” w sprzedaży, ciekawe opakowania – to idealny pomysł na „gag gift”, który sprawdzi się zawsze.

Skarpetki przestały być tylko skarpetkami. Stały się istotnym elementem mody, codziennego ubioru, który także może przykuć uwagę. Skarpety „wyszły” na ulicę wraz z trendsetterami, blogerami, fashionistami, ludźmi, którzy kochają kolor i printy, niebanalność i jacy ponad wszystko cenią wolność – także w ubiorze.

Trudno więc się dziwić, że… wkrótce pojawiła się konkurencja. I to spora. Duże szychy, które wygrywały przetargi na bycie „oficjalnym dystrybutorem skarpet” dla np. NBA. Takie, które robiły deale z wielkimi gwiazdami, będącymi akurat wtedy na topie. Ci, którzy mają popularne i chwytliwe nazwisko, bo w biznes skarpetkowy wszedł nawet brat Kim Kardashian. Pojawiły się także marki z zapędami etycznymi, jak startup Bombas, który działa prosto: jedną parę kupujesz, drugą oddajemy potrzebującym. W ten sposób rozdali 3 miliony skarpetek m.in. bezdomnym.

Biznes skarpetkowy zaczął być – delikatnie mówiąc – zatłoczony.

Czy to w jakikolwiek sposób ostudziło Happy Socks? Nie. Współzałożyciel marki, Mikael Söderlindh podkreśla, że to ich tylko nakręca. Konkurencja rośnie, ale bez konkurencji spoczywa się na laurach – i ta myśl powinna wejść w głowę każdego przedsiębiorcy.

Patrząc na Happy Socks właśnie z perspektywy analizy rynku, można bez problemu dostrzec różnicę. To, co wyróżnia szwedzką markę, to… inność. To nie są zwykłe skarpety. To kreatywność, sztuka, design i zabawa. Tak sprzedawany jest ten produkt i jest to filar, który trzyma – z sukcesami – całą konstrukcję. Jasność przekazu wynika ze spójności. Firma może rosnąć, może podbijać kolejne rynki, mogą zmieniać się elementy „w tle”, ale etos pozostaje. Skarpety Happy Socks to bardzo zwykły produkt, który ujmuje swoją niezwykłością. To element, dzięki któremu… się uśmiechasz. I przy okazji łapiesz niebywały styl.

Söderlindh wyjaśnia to w prosty sposób. Rano otwierasz szufladę z bielizną. Czy zastanawiasz się nad tym czy Twoje stare skarpety są odpowiednie? Czy te są „czarniejsze” od tamtych? Czy czasem nie mają dziury, czy nie są źle sparowane? A potem uzupełniasz swoją szufladę w skarpetki w kropki. W paski. W ananasy. W fantazyjnych kolorach. I rano, stojąc nad tą samą szufladą, zaczynasz się uśmiechać, bo hej, możesz mieć garnitur, klasyczne jeansy, możesz zbierać się na trening, a na Twoich nogach znajdzie się taki uroczy, fajny, modny gadżet, który odróżni Cię z tłumu. Bo przecież nie każdego dnia widzisz kogoś, kto nosi skarpety w ananasy, prawda?

I prędzej czy później w ciągu dnia ktoś je zauważy. Ktoś cicho wyszepcze „Widzisz tego kolesia? Ma skarpety w ananasy!”. A może ktoś powie Ci to wprost: „Ej stary, świetnie to wygląda!”.

Oto i tajemnica marki. Styl, inność, oryginalność. Coś, co sprawia, że Ty uśmiechasz się rano, ubierając się, że ktoś uśmiecha się do Ciebie, gdy Cię widzi. To daje pozytywnego kopa na cały dzień.

Faceci pokochali kolorowe skarpetki

Happy Socks bardzo szybko podbiło rynek męski. Faceci zakochali się w tym elemencie garderoby, bo dał im możliwość wyrażenia siebie, pokonania nudy, pokazania swojego stylu i charakteru. Ale marka cały czas walczy o… kobiety. Okazało się, że modele unisex to zbyt mało. Szwedzi chcą więcej! Chcą wszystkiego, zupełnie jak w XVII wieku!

Flagowym produktem Happy Socks są skarpetki klasyczne, do połowy łydki, model unisex, kolorowe. Style dla kobiet to zaledwie 30% całości. Szwedzi chcą popracować nad tym wynikiem i robią to przy pomocy pewnych zmian. Pojawiają się nowości, jak np. linia Hysteria, która ma wejść jesienią. Marka postawiła między innymi na nowe materiały: wiskozę, drukowany nylon, delikatną bawełnę. Coś, co można nosić z obcasami, z wąskimi butami. Do tego kolory i wzory. Hysteria ma także własną komunikację, m.in. profil na Instagramie, unikatowe ekspozycje handlowe i ciekawą kampanię. To ukłon w stronę kobiet, które twierdziły, że asortyment Happy Socks jest zbyt unisex, zbyt męski, zbyt uliczny. Hysteria ma stać się stylem życia, który uzupełnia wysokiej jakości doświadczenie.

Coś, co bez wątpienia pozostaje, to kolor. Wielokolorowe wiry, z których marka jest znana na całym świecie. Ciekawe wykończenia, przezroczystości, delikatny połysk. W kuluarach mówi się także o… rajstopach! Myślę, że niejedna trendsetterka właśnie zaciera ręce.

„Skarpetkowy” biznes, podobnie jak ten, który dotyczy kolorowej, zabawnej bielizny (np. kultowe Period Panties), kwitnie.
I mimo tego, że na pierwszy rzut oka rynek jest dość wypełniony, każdy znajduje swój własny zakątek z wiernymi fanami. Robert Kardashian postawił na napisy na spodzie. NOVELTY sprzedają skarpety, które zachwycą każdego fana popkultury i mają w ofercie np. wściekle żółte skarpetki z Minionkami i całą paletę z superbohaterami kina. A Happy Socks daje pole do popisu fanom koloru. Co kto lubi. Ale to, co łączy te brandy, to niebanalne podejście. To słuchanie głosów klientów. To reagowanie na ich potrzeby, ale też kreowanie ich. To postawienie wszystkiego na mocny filar, z którego marka jest znana. A także na emocje. Bo gdy pod bożonarodzeniową choinką znajdą się zwykłe skarpety, doklejasz uśmiech i mówisz przez zaciśnięte zęby „Dziękuję”. A gdy otworzysz paczkę od np. Happy Socks – zachwycasz się. I może na początku nie czujesz tej odwagi i myślisz „Cholera, mam 40 lat i mam nosić skarpetki w różowe kropki?”, to zmienisz zdanie, gdy pierwszy raz je wybierzesz na element Twojej codziennej garderoby.

Regularnie otrzymuj powiadomienia o nowych materiałach. Dołącz do grupy ponad 6500 osób, którzy prenumerują eKomercyjnie!