eKomercyjnie.pl

Siła Pingwina

Od ponad dekady zajmuję się pozyskiwaniem funduszy europejskich i doradztwem biznesowym. Skłamałbym, gdybym powiedział, że na początku zwracałem uwagę na nagminnie źle alokowane środki w zakresie hardware i software.

Reklama

Wynikało to zapewne z faktu, że dziesięć lat temu nie istniały tak dojrzałe rozwiązania open source, jak teraz. Nie bez znaczenia są też moje nieodmiennie pozytywne doświadczenia z implementacji rozwiązań opartych o otwarte oprogramowanie zarówno w małych i dużych firmach.

Historia i geneza wolnego oprogramowania jest bardzo ciekawa i warta prześledzenia, zwłaszcza w jej wątku biznesowym. Nie jej będzie jednak poświęcony ten tekst, w którym zastrzegam sobie dla wygody posługiwanie się zamiennie open source/wolne oprogramowanie/otwarte oprogramowanie/darmowe oprogramowanie. Wszyscy, którzy orientują się lub będą zgłębiać temat wiedzą, że istnieją subtelne różnice. Różnice, które jak to bywa, doprowadziły do niejednej „wojny” między zwolennikami tego lub innego jedynie słusznego rozwiązania. Mam nadzieję, że to zastrzeżenie powstrzyma ewentualny spór wywołany moim spojrzeniem na „darmowe” oprogramowanie.

Wiele małych firm skarży się na wysokie koszty funkcjonowania lub straty, jednocześnie z łatwością przeznaczając spore sumy pieniędzy na zupełnie zbyteczne programy i sprzęt komputerowy. Wynika to zapewne z braku wiedzy. Edukacja w tym zakresie kuleje na całego, nawet podręczniki informatyki do szkół średnich są przeważnie w wersji Windows lub MacOs ze śladowymi informacjami o Linux i open source.

Spójrzmy jednak na ostatni wniosek o dofinansowanie ze środków UE, którego „poprawienie” mi zlecono. Mały start up, nazwijmy go ImpreSówka, którego głównym obszarem działania jest organizacja imprez okolicznościowych, na starcie przeznacza 14 tysięcy (z 35 tysięcy) na zakup komputerów i oprogramowania. 95% tej kwoty planują wydać na cztery komputery „Windows 8 Ready” z Windows 7 (z możliwością upgrade do 8), pakiety Ms Office i Norton Internet Security.

Właściciel firmy zapytany, jakie prace będą wykonywane na tych komputerach, odpowiedział „internet, e-maile i trochę dokumentów będziemy pisać”. Wszystko to za 14 tysięcy lub, jak kto woli, 40% budżetu.

Zakup ten w istocie nie generuje dla firmy żadnej wartości dodanej, choćby w postaci przewagi technologicznej. „IT” starzeje się w takim tempie, że po roku sprzęt ten nie będzie wart nawet połowy ceny zakupu.

Po zapoznaniu się z potrzebami, zaproponowałem ImpreSówce zakup czterech „skromniejszych” komputerów (5 tysięcy). Zastosowanie zamiast Windows 7 Linux, co eliminuje konieczność zakupu pakietu antywirusowego. Skorzystanie w miejsce Ms Office z pakietu LibreOffice (na którym powstał ten tekst). Zaoszczędzone 9 tysięcy proponowałem przeznaczyć na zakup sprzętu, który w oryginalnym biznesplanie się „nie zmieścił”, choć właściciel firmy określił go jako kluczowy dla zapewnienia konkurencyjności swojej firmy (sic!).

Moja propozycja spotkała się z zarzutami.

Linux jest dla informatyków!Nieprawda! Bardziej przyjaznego i prostego w instalacji oraz obsłudze systemu niż Linux nie znam. Oczywiście wszystko zależy od dystrybucji, gdyż bywają wąsko wyspecjalizowane. Polecam Minta, PCLinuxOS (sam korzystam z wersji KDE) lub rosnącego w siłę Ubuntu.

Na Linux nie da się pracować!Nieprawda! Linux jest ładniejszy, szybszy i bardziej funkcjonalny dla „szarego” użytkownika niż Windows. Wszystkie programy mają odpowiedniki lub zamienniki, choć ja wolę mówić o lepszych alternatywach.

Będą się z nas śmiać! Poważne firmy nie pracują na Linux!Najwyraźniej prowadzę niepoważne firmy, gdyż z wyjątkiem grafików wszyscy pracują na Linux od dwóch lat i sobie to chwalą. Lista firm pracujących na Linux jest długa i znajdziemy tam np. Google, IBM czy NASA.

LibreOffice nie ma wszystkich opcji Ms Office! Prawda! Ms Office też nie ma wszystkich opcji LibreOffice. Wydaje mi się, że skoro spędzam około ośmiu godzin dziennie przy komputerze z czego połowę „w” pakiecie LibreOffice i mogę w nim zrobić wszystko, co chcę, to raczej powinien wystarczyć dla 99% osób – zwłaszcza, że jest darmowy.

Właściciel ImpreSówki pozostawał sceptyczny do mojego pomysłu do momentu, kiedy zaprosiłem go do siebie na mały pokaz. Nie tylko Linux zrobił na nim wrażenie „estetyczne”, ale pokaz produktywności w wykonaniu moich pracowników pokazał mu, że nie jest to kompromis, a po prostu lepszy wybór.

Z mojego doświadczenia wynika, że koszt stanowiska pracy opartego na Linux jest średnio o 50% tańszy od stanowiska pracy opartego o Windows i 70% tańszy od opartego o Mac Os. Zapewne znajdą się osoby, których specjalne potrzeby może zaspokoić tylko jeden z tych systemów. Niemniej, dla 99% e-Kowalskich, Linux i wolne oprogramowanie w zupełności wy-starcza. Poprawiliśmy więc biznesplan i wniosek. Zaoszczędzone pieniądze zostały przeznaczone na realnie potrzebny sprzęt i wyposażenie.

Mam olbrzymią satysfakcję, że Sówka imprezuje z Pingwinem. Jestem pewien, że ten związek przetrwa długo.

Zachęcam Was do dania szansy Linuxowi. Być może już to zrobiliście, jeżeli macie telefon z Androidem (Linux). W przypadku, jeżeli nie chcecie od razu zaufać Pingwinowi – spróbujcie wolnego oprogramowania i dajcie się pozytywnie zaskoczyć. Zdaję sobie sprawę, że kiepski ze mnie orędownik idei Linux/open source i mam stricte biznesowe spojrzenie, dlatego poniżej znajdziecie linki do kilku ciekawych miejsc w sieci.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Otwarte_oprogramowanie
http://pl.wikipedia.org/wiki/Wolne_Oprogramowanie
http://pl.wikipedia.org/wiki/Linux
http://linuxiarze.pl/
http://pl.libreoffice.org/
http://linuxmint.com/
http://www.ubuntu.com/

Powyższy artykuł pochodzi z Magazynu eKomercyjnie #13. Zapraszamy do przeczytania całego numeru!

Autor wpisu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Zobacz kolejny artykuł

Smyk.com działa już od 12 miesięcy

smyk.com – jeden z największych w Polsce sklepów internetowych z ofertą produktów dla dzieci – ma już rok. Tak jak w przypadku każdego dziecka – pierwszy rok to etap błyskawicznego, ciągłego rozwoju, zdobywania nowych umiejętności i doświadczeń.

Reklama

Za smyk.com rok pełen wyzwań. Dzisiaj to czołowy polski serwis oferujący artykuły dla dzieci i ich rodziców. Na przestrzeni dwunastu miesięcy w sklepie znalazło się ponad 36 000 produktów, niezbędnych dla prawidłowego rozwoju dziecka – od bucików, przez zabawki i foteliki samochodowe, po kosmetyki pielęgnacyjne dla dzieci i rodziców.

Dzisiaj serwis odwiedza 450 000 użytkowników, którzy generują niemal 10 mln odsłon miesięcznie. Sklep cieszy się także niebywałą popularnością wśród użytkowników serwisów społecznościowych – od momentu startu fanpage na portalu Facebook zgromadził prawie 70 tysięcy fanów. Od października 2012 roku partnerem logistycznym smyk.com jest firma kurierska DPD.

„Smyk.com to nasz ogromny sukces – co miesiąc notujemy liniowy wzrost liczby użytkowników, odsłon i widzimy bezpośrednie przełożenie tych danych na generowaną sprzedaż. Naszym głównym wyzwaniem okazało się sprostanie dynamice wzrostu. Nie bez znaczenia jest tutaj sympatia dla marki widoczna na każdym kroku, zarówno w reakcjach klientów, jak i komentarzach w serwisach społecznościowych – smyk.com precyzyjnie odpowiada na chęci i potrzeby naszych klientów i to jest wartość, o którą zamierzamy dbać w szczególny sposób” – powiedziała Dorota Bachman, członek zarządu, dyrektor marketingu i rozwoju biznesu smyk.com.

Źródło: Smyk.com

Autor wpisu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Zobacz kolejny artykuł

Pasjonat zawsze będzie lepszy od rzemieślnika – rozmowa z Pawłem Królakiem, Tolle.pl

Niszowa księgarnia internetowa o 7-cyfrowych obrotach rocznych? Rozmowa z Pawłem Królakiem, który opowiada jak rozwinął Tolle.pl bez dużego kapitału na start i jak wyglądała jego droga do osiągnięcia takiego rezultatu. Paweł był też szkoleniowcem podczas drugich Warsztatów E-commerce Pro, które niedawno odbyły się w Warszawie.

Reklama

Krzysztof Bartnik (eKomercyjnie.pl): Zacznę od pytania nietypowego: jakim cudem 300 zł wystarczyło Ci na założenie sklepu internetowego w 2005 roku?

Paweł Królak (Tolle.pl): Szczerze? Nie wiem :-) Gdy dziś na to patrzę i na spokojnie analizuję, to z biznesowego punktu widzenia to nie miało prawa się udać. Byliśmy tylko grupką studentów bez pieniędzy, bez konkretnej wiedzy biznesowej i bez doświadczenia. Przez prawie dwa lata cała firma mieściła się w moim 9-metrowym pokoju na stancji, gdzie spałem, uczyłem się i gdzie pakowaliśmy paczki. A cały magazyn mieścił się pod parapetem.

Pracowaliśmy wtedy z moją – wtedy jeszcze narzeczoną, dzisiaj – żoną czasem po 16 godzin na dobę zupełnie za darmo. Mogliśmy sobie na to pozwolić, bo byliśmy wtedy jeszcze na studiach, więc żyliśmy ze stypendium naukowego, dorabiania przy innych okazjach i niewielkiej pomocy od rodziców. Pozostali koledzy i koleżanki uczestniczący w projekcie zarabiali dosłownie „na waciki”. Tyle, że przyświecały nam zupełnie inne cele, niż zarabianie pieniędzy. Wszystkie zarobione pieniądze reinwestowaliśmy. To naprawdę nie miało prawa się udać…

Tak naprawdę na nic nie było nas stać. Pierwsze 300 zł poszło na pierwszą partię towaru. Nie mieliśmy pieniędzy na oprogramowanie, a darmowy osCommerce był (i chyba dalej jest) koszmarny, więc napisałem własne. Na początku oczywiście było bardzo proste, ale potem, gdy firma się rozwijała, ciągle je doskonaliłem. Zresztą, ciągłe doskonalenie to główna filozofia biznesowa, która mi cały czas przyświeca.

Skoro nie mieliście zbyt dużo funduszy, to jak się promowaliście?

Wybieraliśmy tylko takie formy, które pozwalały płacić za reklamę już po otrzymaniu pieniędzy od klientów, jak np. program partnerski lub AdWords. Nie ma też co ukrywać, iż pomogło nam to, że mniej więcej dwa lata przed założeniem Tolle.pl zacząłem się zajmować pozycjonowaniem. Mogłem zatem zrobić to sam. Ale mówiąc szczerze, tak było ze wszystkim: nie było mnie stać na specjalistów ani zewnętrzne firmy, więc sam się danych rzeczy uczyłem. Dziś to procentuje.

Dlaczego skoncentrowałeś się wyłącznie na książkach katolickich? Czy zrobienie księgarni ogólnotematycznej nie byłoby wtedy prostsze?

Patrząc biznesowo – pewnie by było. Ale my nie patrzyliśmy biznesowo. Byliśmy – i dalej jesteśmy – pasjonatami. Pasjonat zawsze będzie lepszy od rzemieślnika, który nie ma związku emocjonalnego z tym, co robi.

Nie ukrywam, że jestem osobą głęboko wierzącą i zaangażowaną religij-nie. Zawsze też bardzo dużo czytałem. Ale miałem jednocześnie świadomość, że szkoda czasu na czytanie wszystkiego. Życie jest za krótkie na kiepskie książki. Brakowało mi miejsca, gdzie mógłbym znaleźć książki starannie wybrane, tylko takie, które naprawdę warto przeczytać. A do tego dobrane w kluczu bliskich mi wartości. W pewnym momencie mnie olśniło – skoro takiego miejsca nie ma, to mogę je stworzyć.

Założyliśmy więc Klub Książki Tolle.pl, gdzie są tylko najciekawsze, naszym zdaniem, książki wybrane z całego rynku. I zwróć uwagę, że nie są to tylko książki stricte religijne. Bo katolik to nie jest człowiek, który czyta tylko o papieżu, modlitwie i Kościele, ale poważnie traktując swoją wiarę, interesuje się całym światem. Dlatego są u nas książki z różnych dziedzin, od rozwoju osobistego, poprzez choćby historię, biznes, podróże, aż po kulinaria. Ale zawsze dobierane w kluczu wartości chrześcijańskich. Czyli chrześcijanin, szukając u nas książki o rozwoju osobistym wie, że nie trafi np. na sprzeczne z jego wartościami publikacje z nurtu New Age.

Wracając do Twojego pytania, dziś bardzo się cieszę, że tak wybraliśmy, bo nie uśmiecha mi się ściganie z Empikiem, Merlinem czy niedługo Amazonem. A tak, jesteśmy w bardzo dla nas przyjemnej niszy i możemy z pasją robić to, co kochamy. Od jakiegoś czasu także biznesowo zaczęło to wyglądać całkiem nieźle.

Czyli tak: założyłeś księgarnię głównie własnymi siłami, miałeś pierwszą partię towaru i co dalej? Kiedy tak naprawdę po raz pierwszy poczułeś, że to jest dobry pomysł na biznes?

Nie patrzyłem na to jako na pomysł na biznes. Raczej jako na realizację swojej pasji, możliwość robienia tego, co kocham. Zawsze kochałem czytać dobre książki i dzielić się z ludźmi tym, co przeczytałem. A teraz mi jeszcze za to płacą :)

Japończycy mają takie podejście do biznesu, że zysk traktują jako wypadkową dobrej pracy. Jeśli ktoś coś robi mądrze i dobrze, to w naturalny sposób zysk się pojawi. Ale ich zdaniem, nie powinno się szukać samego zysku, nie powinno się dążyć do zysku, ale starać się pracować najlepiej, jak się da. Wtedy zysk będzie naturalną nagrodą za dobrą pracę. Przyznam, że takie spojrzenie jest mi bardzo bliskie.

Przechodząc do konkretów: pierwsze sensowne pieniądze (takie, że można było z tego rodzinę utrzymać na skromnym poziomie) Tolle.pl zaczęło zarabiać dopiero po 3 latach istnienia. Wcześniej wszystkie pieniądze szły na inwestycje. Wtedy też poczułem, że mogę się zaangażować w to na 100%, że nie muszę szukać innych sposobów na utrzymanie rodziny, ale mogę zainwestować w tę firmę całego siebie.

W jakim stanie jest Tolle.pl dzisiaj? Ile osób pracuje w Twojej księgarni, czym się zajmują?

Dzisiaj w Klubie Książki Tolle.pl pracują poza mną i żoną jeszcze cztery osoby, a wkrótce będziemy zatrudniać 2-3 następne. Dziś dwie osoby zajmują się wyłącznie logistyką, jedna obsługą klienta i sprawami administracyjnymi, jedna marketingiem. Moja żona dba o wprowadzanie nowości do naszej oferty. A ja, oprócz zarządzania całością, programuję i sporo zajmuję się marketingiem. Oprócz tego współpracujemy z kilkoma osobami, które realizują dla nas pojedyncze zlecenia, np. piszą recenzje książek.

Tolle.pl całkiem niedawno przeszło gruntowny redesign. Kiedy i dlaczego zdecydowałeś się na zmianę layoutu? Ile trwało wdrożenie, czego ciekawego się podczas tego procesu nauczyłeś?

Od dawna planowaliśmy zmianę wyglądu, ale bardzo długo nie było nas stać na projekt na światowym poziomie. Gdy w pewnym momencie oceniliśmy, że możemy sobie pozwolić na wynajęcie agencji z najwyższej półki, zrobiliśmy to. Skorzystałem zatem z konsultacji jednego z najlepszych polskich speców od budowania marki, który pomógł mi uporządkować strategię komunikacji. Pokazał mi, jak usystematyzować rzeczy, które robiliśmy w zasadzie od lat, ale nie potrafiliśmy ich nazwać.

Wynająłem też jego agencję do zmiany identyfikacji wizualnej Tolle.pl. Zmieniliśmy logo, wygląd strony i wiele pobocznych elementów. Całość tego procesu, od rozpoczęcia konsultacji do uruchomienia nowego layoutu, trwała ponad pół roku.

Zanim zapytasz, dlaczego tak długo – od razu odpowiem: bo jestem bardzo wymagającym klientem i dużo czasu nam zajęło znalezienie takiego wyglądu logotypu, a potem strony, który całkowicie by spełniał nasze oczekiwania.

Jak promujesz Tolle.pl? Które formy marketingu sklepu internetowego są najskuteczniejsze w Twoim przypadku?

Jesteśmy Klubem Książki, a nie typową księgarnią, więc bardzo duże znaczenie ma dla nas zaangażowanie Klubowiczów. Stąd absolutnie kluczową rolę wśród naszych działań marketingowych pełni e-mail marketing.

Mamy też budowany od samego początku program partnerski, do którego należy ponad 900 serwisów internetowych – od niewielkich blogów, po największe portale katolickie. Mamy też kilka księgarń partnerskich utworzonych z dużymi portalami pod ich markami, np. z Katolicką Agencją Informacyjną.

Korzystamy też z bardziej typowych form marketingu internetowego: AdWords, pozycjonowania. Od czasu startu nowej wersji strony mamy też nowy fanpage na Facebooku, który ciekawie się rozwija w kierunku budowania społeczności wokół Tolle.pl.

Dlaczego nie sprzedajesz na Allegro? Nie pchasz się też do porównywarek cen…

To wynika z naszej strategii cenowej. Z zasady nie wchodzimy w wyniszczające wojny cenowe. Zamiast walczyć o to, by ceny były u nas o kilka groszy niższe niż u konkurencji, stawiamy na bardzo dobrą jakość oferty i budowanie lojalności naszych Klubowiczów.

Dzięki odrobinę większym marżom możemy sobie pozwolić na lepszą obsługę klienta, lepszy marketing, lepsze przygotowanie oferty (unikalne opisy książek, opcję „zajrzenia” do książki) i wiele innych ciekawych elementów, na które nie moglibyśmy sobie pozwolić, gdyby naszym priorytetem były tylko najniższe ceny.

Możemy też pozwolić sobie na działania dobroczynne – stale wspieramy co miesiąc 5 katolickich fundacji dobroczynnych, które podzielają naszą misję zmieniania świata na bardziej chrześcijański.

Jeśli chodzi o Allegro – byliśmy tam przez pierwsze 2 lata istnienia. Jednak prowizje za wystawienie przedmiotów pochłaniały ogromne ilości pieniędzy. W pewnym momencie postanowiłem przetestować, co by się stało, gdybym te kilka tysięcy miesięcznie wydawane na prowizje przeznaczył na inne formy marketingu. I bardzo szybko się okazało, że poziom zwrotu z inwestycji był 4-krotnie większy niż na Allegro…

Czym zatem, jeśli nie ceną, skutecznie przyciągasz klientów do siebie? Czym sklepy mogą się z powodzeniem chwalić wśród konsumentów?

Z biznesowych rzeczy na pewno wymieniłbym fakt, że bardzo solidnie przykładamy się do obsługi klienta i ulepszania naszej oferty. Ale myślę, że kryją się w tym również rzeczy głębsze. Nasi Klubowicze widzą, że naprawdę wierzymy w to, co robimy. Jesteśmy w tym spójni. Nie jesteśmy tylko przepakowalnią książek pomiędzy wy-dawcą i klientem, ale dajemy im znacznie więcej. I to procentuje i buduje lojalność Klubowiczów wobec Tolle.pl.

Moim celem jest stanie się dla Klubowiczów „przewodnikiem w wyborze dobrej książki”. Mam to nawet na wizytówce jako nazwę swojego stanowiska :-) I chyba w dużej mierze nam się to udaje.

Czego, Twoim zdaniem, najbardziej brakuje rodzimym e-sklepom?

Rodzime e-sklepy popełniają wiele błędów, które wynikają z niewielkiej wiedzy o profesjonalnym zarządzaniu. Największym z nich jest brak wizji, umiejętności wyróżnienia się, wykreowania marki, której celem jest coś głębszego, niż tylko zarabianie pieniędzy dla właściciela. Brak tej wizji powoduje, że sklepy w dużej mierze wyglądają i działają tak samo, do tego sprzedają to samo i w ten sam sposób. Dlatego walczą ceną, zamiast poszukać lepszych rozwiązań. Ale w ten sposób same proszą się o konkurencję, która zresztą co chwilę powstaje. I robi to samo, co inne sklepy, czyli obniża ceny :)

Drugim problemem, który bym wskazał, są ciągłe braki w obsłudze klienta. Wielu sklepom, w których kupowałem, brakuje przemyślenia tego, czego klient naprawdę oczekuje. Brakuje też takiej zwyczajnej życzliwości, która bardzo się sklepom opłaci. Tutaj bardzo dużo możemy się wciąż nauczyć od sklepów zagranicznych.

Działasz na rynku od 2005 roku. Co przez ten czas zmieniło się na lepsze, a co na gorsze?

Dziś na pewno jest trudniej pod wieloma względami. Z jednej strony mogłoby się wydawać, że dużo prościej jest założyć sklep (bo jest cała masa gotowych platform), ale jednocześnie rynek staje się coraz bardziej profesjonalny. Dziś już nie da się działać tak chaotycznie, jak można to było robić kiedyś. Za dużo jest poważnej konkurencji.

Zatem, o ile nam się udało wystartować bez wiedzy, pieniędzy i doświadczenia w 2005 roku, to obawiam się, że dziś mogłoby to się okazać niemożliwe.

Na lepsze zmienia się otoczenie „okołosklepowe”, np. lepiej funkcjonują dostawcy (w mojej branży widać ogromną różnicę w poziomie funkcjonowania wy-dawców dziś i 7 lat temu). Także firmy kurierskie lepiej dopasowują swoje działanie i politykę cenową do branży e-commerce. Wraz z nowym prezesem pojawiła się nowa jakość w Poczcie Polskiej i wreszcie mam wrażenie, że ktoś tam zaczął poważnie myśleć o internetowych sprzedawcach, czego przykładem niech będzie chociaż przesyłka biznesowa.

Czy koniec 2012 roku to dobry moment na uruchomienie sklepu internetowego? Jeżeli tak, to jakiego? Celować w niszę?

Moim zdaniem sens jest tylko i wyłącznie celować w niszę. I to zarówno dotyczyło 2005 roku, jak i 2012. Internetowe „supermarkety” sprzedające wszystko są, moim zdaniem (o ile nie stoi za nimi gigantyczny kapitał), skazane na porażkę. Zostaną pożarte przez Amazon i innych dużych graczy, którzy dziś działają offline, a za jakiś czas wejdą w e-commerce.

Czy to dobry moment? Nie wiem. Chyba nie bardzo wierzę w to, że istnieje coś takiego, jak dobry lub zły moment. W każdym momencie można odnieść sukces, jeśli ma się wizję i umie ją zrealizować. Można też odnieść porażkę, jeśli chce się tylko robić to samo, co inni.


Paweł Królak – z e-biznesem związany od 11 lat, z branżą e-commerce od 7 lat. Właściciel Klubu Książki Tolle.pl, który stworzył mając 300 zł w kieszeni, a po kilku latach doprowadził do 7-cyfrowych obrotów rocznych. Pasjonat TQM, TOC i kilku innych skrótów, za którymi kryją się najbardziej przełomowe metody zarządzania. Fascynuje go ciągłe doskonalenie każdego procesu w biznesie, jak również nieustanne doskonalenie siebie, dlatego co roku czyta ok. 150 książek. Absolwent pierwszych w Polsce studiów MBA dla przedsiębiorców.

Powyższy artykuł pochodzi z Magazynu eKomercyjnie #13. Zapraszamy do przeczytania całego numeru!

Autor wpisu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Newsletter

BONUS: Jak się robi e-handel w Polsce?
72-stronicowy ebook (pdf)
- zbiór wywiadów z właścicielami sklepów

Zamknij

Najlepsze poradniki i informacje
e-commerce prosto na Twój e-mail!

Bonus dla Ciebie:
PDF, 72 strony!

Wpisz swój adres e-mail, aby rozpocząć prenumeratę newslettera od eKomercyjnie.pl.

Od razu wyślemy do Ciebie:

  • BONUS #1: Jak się robi e-handel w Polsce? Rozmowy z właścicielami sklepów internetowych (magazyn .pdf, aż 72 strony!)
     
  • BONUS #2: Piętnaście gotowych sposobów na ulepszenie sklepu internetowego!
    (poradnik .pdf)