eKomercyjnie.pl

Szybkie i pewne przesyłki międzynarodowe

Badania DPDgroup Barometr E-shopper, przeprowadzone przez TNS Kantar, wykazały, że handel transgraniczny jest coraz popularniejszy w Europie. Już ponad połowa konsumentów przynajmniej raz dokonała zakupów w zagranicznym e-sklepie. Dostrzegając ten trend, przedstawiciele polskiego sektora e-commerce coraz odważniej kierują swoją ofertę również poza granice naszego kraju.

Przedsiębiorstwa potrzebują solidnego partnera, który zapewni nie tylko szybkie i bezpieczne doręczenia w każde miejsce na świecie, lecz także pomoże uporać się z formalnościami wymaganymi w międzynarodowym e-handlu. DPD Polska ma w swojej ofercie zarówno rozwiązania dla dużych graczy o ugruntowanej pozycji rynkowej, jak i dla mniejszych firm, które dopiero wchodzą na zagraniczne rynki. Proponuje przesyłki w transporcie drogowym, lotniczym oraz usługę dostawy palet, a także wygodną formę rozliczeń w postaci abonamentu.

Solidny partner

DPD jako druga pod względem wielkości sieć kurierska w Europie oferuje swoim klientom międzynarodowe usługi kurierskie. Paczki ekonomiczne do krajów UE doręczane są w ciągu pięciu dni roboczych, choć w praktyce trafiają do odbiorców znacznie szybciej. Ekspresowe docierają do adresata nawet już następnego dnia.

– Dysponujemy dużym potencjałem biznesowym i logistycznym, dzięki czemu jesteśmy w stanie skutecznie optymalizować nasze procesy operacyjne. Pozwala nam to zapewnić usługi najwyższej jakości, dostępne w przystępnej cenie. Ekonomiczna paczka z Polski do Niemiec może kosztować nie więcej niż 40 zł – mówi Rafał Nawłoka, Prezes Zarządu DPD Polska. – Co więcej, dzięki interaktywnym wiadomościom Predict i niemal 30 tysiącom punktów Pickup w całej Europie odbiór przesyłek jest bardzo wygodny. Oferujemy także możliwość rozliczania należności za pobraniem u kuriera, również w transakcjach międzynarodowych – dodaje Rafał Nawłoka.

Jakich dokumentów potrzebujemy podczas sprzedaży za granicę?

Podstawą w sprzedaży międzynarodowej jest wystawienie faktury VAT oraz prawidłowo wypełniony list spedycyjny, zawierający szczegółowe dane nadawcy i odbiorcy. W przypadku wysyłania paczki poza Unię Europejską należy dysponować potwierdzeniem wywozu towaru przed złożeniem deklaracji podatkowej za dany okres rozliczeniowy. Zawsze warto zachować korespondencję z kupującym, potwierdzenie zapłaty i odebrania paczki oraz dokumenty świadczące o jej ubezpieczeniu. Jest to bardzo istotne w przypadku zniszczenia lub zagubienia towaru, ponieważ tylko wówczas przedsiębiorca może dochodzić swoich praw.

– Należy pamiętać, że sprzedaż poza strefę UE zalicza się do eksportu, co oznacza konieczność dokonania odprawy celnej i odpowiedniego przygotowania dokumentów przewozowych. Ten warunek jest źródłem wielu obaw przedsiębiorców, jednak cała procedura nie jest aż tak skomplikowana, jak mogłoby się wydawać. Duża liczba produktów jest ponadto zwolniona z opłat celnych, dlatego podczas wysyłki firma ma jedynie obowiązek złożenia odpowiedniej deklaracji – tłumaczy Łukasz Zembowicz, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu DPD Polska.

Dużym udogodnieniem dla przedsiębiorców jest pomoc firmy kurierskiej w dopełnieniu formalności związanych z procesem wysyłki i zapewnienie niezbędnych informacji.

Sprzedaż towaru za granicę a podatek VAT

Wysokość odprowadzanego podatku VAT jest uzależniona od obszaru handlowego. Jeśli dostawa towaru realizowana jest w strefie Unii Europejskiej, stawka VAT się nie zmienia, ponieważ opodatkowanie odbywa się w Polsce zgodnie z obowiązującymi wymogami. Każde państwo członkowskie UE wyznacza jednak limity, których należy przestrzegać.

Po przekroczeniu nałożonych limitów firma musi zarejestrować się w danym państwie jako podatnik i tym samym płacić podatek VAT zgodnie z obowiązującymi stawkami. Nieco inaczej sprawa wygląda w przypadku sprzedaży poza granicę Unii Europejskiej. W tym przypadku VAT wynosi 0% pod warunkiem, że przedsiębiorca otrzymał wcześniej wspomniane potwierdzenie wywozu poza strefę UE przed złożeniem oświadczenia podatkowego za dany okres rozliczeniowy.

Zobacz więcej: miedzynarodowe.dpd.com.pl

Autor wpisu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Zobacz kolejny artykuł

Rodan & Fields – kosmetyczny jednorożec

Żeby przebić się ze swoim produktem do klientów, trzeba mieć sporo pomysłów i metod. Towar musi być dobry, a często także niszowy, inny niż wszystkie. Potrzebna jest też dobra reklama i pomysł na to, jak wzbudzić w kupujących potrzebę. Jest wiele branż, w których „rotacja” produktów jest ogromna. Ciągle powstaje coś nowego, coś, co ma być wyjątkowe i wspaniałe. Do takich rynków należy między innymi sektor kosmetyczny. Tu nowi producenci mają ogromne pole do popisu, ale też sporą trudność, bo najwięksi gracze zgarnęli sporo.

To właśnie popularne marki mogą obniżać ceny, bombardować konsumentów reklamami w praktycznie każdym medium. Ponadto to one są najbardziej dostępne, można znaleźć je we wszystkich marketach i sklepach. Nadal dla wielu kupujących istotna jest przede wszystkim cena produktu, a opowieści o tym, że wegańska marka, która nie testuje swoich kremów na zwierzętach, sprowadza składniki zgodnie z zasadami uczciwego handlu, ma biodegradowalne opakowania, to po prostu elementy, które sprawiają, że dany produkt będzie droższy.

A jednak… Są na rynku niszowe brandy, które znalazły dla siebie drogę, mają pomysł i skutecznie go realizują. Jedną z takich marek, która sprawnie pokonała konkurencję i stała się przedsiębiorstwem, którego wartość przekroczyła miliard dolarów, jest Rodan & Fields. Sprawdź, jak tego dokonali!

Firma jednorożec

O Rodan & Fields mówi się, że to marka-jednorożec. Ponoć nikt o niej nie słyszał, a jednak – pierwsza duża bańka przychodów strzeliła!

Katie Rodan i Kathy Fields wystartowały ze swoim biznesem w 2002 roku. Dwie panie dermatolog postanowiły wówczas wypuścić na rynek produkt, który odpowie na wiele potrzeb konsumentów. Całość oparły na sprzedaży bezpośredniej. Jak? Klienci stali się konsultantami. Pokazując efekty działania poszczególnych produktów, w np. mediach społecznościowych, mogli dołączyć do zespołu. W ten oto sposób stali się zarówno pracownikami, jak i – dosłownie – materiałem reklamowym. Rodan & Fields zajmują się transakcjami, jest także sklep online (który generuje ok. 3 procent sprzedaży), ale siłą tego przedsięwzięcia są konsultanci, którzy płacą za „wprowadzenie” (+ ew. za stronę www) i otrzymują procent ze sprzedaży produktów.

I teraz możesz pomyśleć: „Hola, hola! Przecież tak samo działa wiele marek, na czele z Avon czy Mary Kay!” Ale o tych markach mówi się głośno. Są popularne, znane praktycznie na każdym kontynencie. A kto wcześniej wiedział o firmie Rodan & Fields?

Tymczasem „handel społeczny” (social commerce) w połączeniu z sukcesami konsultantów-klientów przełożył się na całkiem niezłe liczby. Przedsiębiorstwo w ciągu jednego roku zaliczyło spory wzrost, osiągając 1,2 miliarda dolarów przychodu ze sprzedaży, co daje skok o 80 procent w skali roku. Euromonitor, firma zajmująca się analizą wśród detalistów, nazwała Rodan & Fields marką numer 1 w Stanach Zjednoczonych. Nie ma co – to zobowiązujący i zaszczytny tytuł.

Podobno cała „tajemnica” i wszystkie sposoby pracy ukryte są w grupie marki na Facebooku. Trzeba przyznać, że to dość… nietypowe miejsce, nawet jak na współczesne czasy. I jak to jest możliwe, że firma, która sama o sobie mówi, że ma bardzo niską świadomość i popularność, która nie kładzie zbyt dużych środków na reklamę i PR, zalicza taki sukces? A mimo to ciągle jest nieznana! Jak tłumaczy Diane Dietz, CEO marki, kluczem stało się skupienie na współpracy z konsultantami.

15 lat budowania marki

W ciągu tych 15 lat, odkąd firma pojawiła się na rynku, zaliczyła ona kilka iteracji. Na przykład w latach 2002-2007 była własnością marki Estée Lauder, potem została sprzedana do domów towarowych, by finalnie zostać wykupioną przez właścicieli. Rok 2007 przyniósł pomysł na wprowadzenie sprzedaży bezpośredniej. Konsultanci byli rekrutowani wśród klientów. Efekty działania kosmetyków pokazywano na prawdziwej skórze prawdziwych osób. Do tego rozszerzono „spektrum” działania nie tylko na młode osoby, ale też na wszystkie pozostałe. Różne typy skóry, różne płaszczyzny, np. dla cer starszych, wrażliwych. To wszystko rozwinęło się w szybkim i sprawnym tempie i dziś Rodan & Fields ma 200 tys. konsultantów.

Co więcej, cała filozofia marki, jej zaplecze i know-how spowodowały, że bezpośrednia sprzedaż, przełożona do codziennego życia sprawdza się świetnie! Produkty sprzedają się bardzo dobrze, lepiej niż w innych markach korporacyjnych. I do tego Rodan & Fields mogą ciągle się rozwijać, bez zbędnych, wydłużających procedur. Oczywiście – sprzedaż bezpośrednia w branży kosmetycznej to żadna nowość. Rodan & Fields nie wymyślili od nowa koła, bo przecież wspomniane już Avon i Mary Kay robią to od lat, całkiem skutecznie. Jednak jest coś, co sprawiło, że to firma dwóch dermatologów, którą mało kto zna, została nazwana marką numer jeden!

To… siła influencera

Sprzedajesz towar własną twarzą, własną skórą. Nie musisz pokazywać wydrukowanych badań klinicznych – pokazujesz to, w jaki sposób krem, serum, żel, płyn, czy cokolwiek innego, wpłynęło na kondycję Twojej skóry. To właśnie to miejsce, o którym zapominają Avon i Mary Kay. Szczególnie w branży beauty wpływ influencera jest wyraźny i ceniony. Do tego dołóżmy media społecznościowe, chociażby Facebooka, sprzedaż typu „real-life” i proszę. Sposób na sukces, który jest jeszcze prostszy niż przepis na kanapkę.

Żyjemy w dość bezprecedensowych czasach, w których platformy cyfrowe pomagają wielu modelom sprzedaży, a ten, który preferuje Rodan & Fields, jest szczególnie lubiany. Klienci branży beauty szukają twardych dowodów na to, że dany produkt działa. Nie chcą zdjęć, które są wyretuszowane do granic przyzwoitości. Chcą przy pomocy własnych zmysłów, szczególnie wzroku i dotyku, sprawdzić efekty. Rodan & Fields daje tę możliwość. Strategia ta, rozwijana i ulepszana w ciągu wielu lat prowadzenia działalności, dała sukces.

Właścicielki podkreślają, że istotne dla nich są np. wyniki grup fokusowych, które organizowane są wśród sprzedawców, a także szybkie reakcje. Decyzje mogą zapadać wcześniej, co daje kontrolę nawet zwykłej konsultantce. Przy wprowadzaniu na rynek produktu, który miał poprawiać stan rzęs – serum LashBoost – cała kampania marketingowa opierała się na pokazywaniu realnych rezultatów w social media. Po roku produkt osiągnął 200 mln dolarów sprzedaży. Żaden inny brand tego nie osiągnął.

Oczywiście, marka jest tak dobra jak jej produkt. Liczy się pomysł, dopracowanie go, przeniesienie go do realiów. I to nie jest tak, że każdy klient może być konsultantem. Nie wszyscy sprawdzą się w tym modelu, bo to klasyczna wielopoziomowa piramida, ale ekipa, która wdroży się w sprzedaż bezpośrednią, szczególnie opierając ją na własnych doświadczeniach – ale tych realnych, a nie wyuczonych na szkoleniach – może osiągnąć niebywały sukces.

Autor wpisu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Zobacz kolejny artykuł

HappySocks.com, czyli skarpetki warte miliony

Czy 10 lat temu ktoś rozmyślał nad takimi błahostkami jak skarpetki? Każdy ma swoje upodobania, jeśli chodzi o tę część garderoby. Jedni lubią cieńsze, inni grubsze, białe, czarne, wysokie lub niskie. Skarpetki? Czy ktoś do tego elementu garderoby przywiązuje jakąkolwiek uwagę? Mają spełniać tylko jedno oczekiwanie. Przecież to TYLKO skarpety!

Zbudować imperium w 9 lat

Tymczasem pewna szwedzka marka postanowiła odświeżyć trend i dać nam coś więcej. Miało to miejsce 9 lat temu i w ciągu tych lat ze „zwykłej firmy, która produkuje skarpetki” Happy Socks stał się potentatem wartym miliony.

Zacznijmy może od liczb. W roku 2008 szwedzki brand dopiero zaczynał. Od tego czasu firma sprzedała ponad 40 milionów par skarpetek klientom z 90 krajów. 12 tysięcy sprzedawców na całym świecie. Znane twarze wśród fanów. I bardzo silny trend, który nie tylko szturmem wdarł się w serca klientów, lecz sprawił także, że tak błaha sprawa, jaką są skarpety, okazała się strzałem w dziesiątkę. A to z kolei sprawia, że osoby zajmujące się sprzedażą, reklamą i handlem, klaszczą w dłonie.

Chcesz skarpetki w kropki? Bardzo kolorowe, które idealnie „zluzują” Twój biurowy look? A może szukasz niebanalnego prezentu, jakim zachwyci się każdy? Przecież takie skarpetki to już nie jest zwykła para czarnych, których nikt nie zauważy. Happy Socks poszli o krok dalej – wypuścili serię bielizny, która idealnie komponuje się ze zwariowanymi kolorami i wzorami skarpetek. I takim sposobem pozbyli się raz na zawsze nudy, która królowała w szufladach z tymi częściami garderoby.

O tym, że tego typu towary staną się świetnym pomysłem na prezent, właściciele i założyciele marki wiedzieli od początku. Fajne, inne wzory, taki „luz” w sprzedaży, ciekawe opakowania – to idealny pomysł na „gag gift”, który sprawdzi się zawsze.

Skarpetki przestały być tylko skarpetkami. Stały się istotnym elementem mody, codziennego ubioru, który także może przykuć uwagę. Skarpety „wyszły” na ulicę wraz z trendsetterami, blogerami, fashionistami, ludźmi, którzy kochają kolor i printy, niebanalność i jacy ponad wszystko cenią wolność – także w ubiorze.

Trudno więc się dziwić, że… wkrótce pojawiła się konkurencja. I to spora. Duże szychy, które wygrywały przetargi na bycie „oficjalnym dystrybutorem skarpet” dla np. NBA. Takie, które robiły deale z wielkimi gwiazdami, będącymi akurat wtedy na topie. Ci, którzy mają popularne i chwytliwe nazwisko, bo w biznes skarpetkowy wszedł nawet brat Kim Kardashian. Pojawiły się także marki z zapędami etycznymi, jak startup Bombas, który działa prosto: jedną parę kupujesz, drugą oddajemy potrzebującym. W ten sposób rozdali 3 miliony skarpetek m.in. bezdomnym.

Biznes skarpetkowy zaczął być – delikatnie mówiąc – zatłoczony.

Czy to w jakikolwiek sposób ostudziło Happy Socks? Nie. Współzałożyciel marki, Mikael Söderlindh podkreśla, że to ich tylko nakręca. Konkurencja rośnie, ale bez konkurencji spoczywa się na laurach – i ta myśl powinna wejść w głowę każdego przedsiębiorcy.

Patrząc na Happy Socks właśnie z perspektywy analizy rynku, można bez problemu dostrzec różnicę. To, co wyróżnia szwedzką markę, to… inność. To nie są zwykłe skarpety. To kreatywność, sztuka, design i zabawa. Tak sprzedawany jest ten produkt i jest to filar, który trzyma – z sukcesami – całą konstrukcję. Jasność przekazu wynika ze spójności. Firma może rosnąć, może podbijać kolejne rynki, mogą zmieniać się elementy „w tle”, ale etos pozostaje. Skarpety Happy Socks to bardzo zwykły produkt, który ujmuje swoją niezwykłością. To element, dzięki któremu… się uśmiechasz. I przy okazji łapiesz niebywały styl.

Söderlindh wyjaśnia to w prosty sposób. Rano otwierasz szufladę z bielizną. Czy zastanawiasz się nad tym czy Twoje stare skarpety są odpowiednie? Czy te są „czarniejsze” od tamtych? Czy czasem nie mają dziury, czy nie są źle sparowane? A potem uzupełniasz swoją szufladę w skarpetki w kropki. W paski. W ananasy. W fantazyjnych kolorach. I rano, stojąc nad tą samą szufladą, zaczynasz się uśmiechać, bo hej, możesz mieć garnitur, klasyczne jeansy, możesz zbierać się na trening, a na Twoich nogach znajdzie się taki uroczy, fajny, modny gadżet, który odróżni Cię z tłumu. Bo przecież nie każdego dnia widzisz kogoś, kto nosi skarpety w ananasy, prawda?

I prędzej czy później w ciągu dnia ktoś je zauważy. Ktoś cicho wyszepcze „Widzisz tego kolesia? Ma skarpety w ananasy!”. A może ktoś powie Ci to wprost: „Ej stary, świetnie to wygląda!”.

Oto i tajemnica marki. Styl, inność, oryginalność. Coś, co sprawia, że Ty uśmiechasz się rano, ubierając się, że ktoś uśmiecha się do Ciebie, gdy Cię widzi. To daje pozytywnego kopa na cały dzień.

Faceci pokochali kolorowe skarpetki

Happy Socks bardzo szybko podbiło rynek męski. Faceci zakochali się w tym elemencie garderoby, bo dał im możliwość wyrażenia siebie, pokonania nudy, pokazania swojego stylu i charakteru. Ale marka cały czas walczy o… kobiety. Okazało się, że modele unisex to zbyt mało. Szwedzi chcą więcej! Chcą wszystkiego, zupełnie jak w XVII wieku!

Flagowym produktem Happy Socks są skarpetki klasyczne, do połowy łydki, model unisex, kolorowe. Style dla kobiet to zaledwie 30% całości. Szwedzi chcą popracować nad tym wynikiem i robią to przy pomocy pewnych zmian. Pojawiają się nowości, jak np. linia Hysteria, która ma wejść jesienią. Marka postawiła między innymi na nowe materiały: wiskozę, drukowany nylon, delikatną bawełnę. Coś, co można nosić z obcasami, z wąskimi butami. Do tego kolory i wzory. Hysteria ma także własną komunikację, m.in. profil na Instagramie, unikatowe ekspozycje handlowe i ciekawą kampanię. To ukłon w stronę kobiet, które twierdziły, że asortyment Happy Socks jest zbyt unisex, zbyt męski, zbyt uliczny. Hysteria ma stać się stylem życia, który uzupełnia wysokiej jakości doświadczenie.

Coś, co bez wątpienia pozostaje, to kolor. Wielokolorowe wiry, z których marka jest znana na całym świecie. Ciekawe wykończenia, przezroczystości, delikatny połysk. W kuluarach mówi się także o… rajstopach! Myślę, że niejedna trendsetterka właśnie zaciera ręce.

„Skarpetkowy” biznes, podobnie jak ten, który dotyczy kolorowej, zabawnej bielizny (np. kultowe Period Panties), kwitnie.
I mimo tego, że na pierwszy rzut oka rynek jest dość wypełniony, każdy znajduje swój własny zakątek z wiernymi fanami. Robert Kardashian postawił na napisy na spodzie. NOVELTY sprzedają skarpety, które zachwycą każdego fana popkultury i mają w ofercie np. wściekle żółte skarpetki z Minionkami i całą paletę z superbohaterami kina. A Happy Socks daje pole do popisu fanom koloru. Co kto lubi. Ale to, co łączy te brandy, to niebanalne podejście. To słuchanie głosów klientów. To reagowanie na ich potrzeby, ale też kreowanie ich. To postawienie wszystkiego na mocny filar, z którego marka jest znana. A także na emocje. Bo gdy pod bożonarodzeniową choinką znajdą się zwykłe skarpety, doklejasz uśmiech i mówisz przez zaciśnięte zęby „Dziękuję”. A gdy otworzysz paczkę od np. Happy Socks – zachwycasz się. I może na początku nie czujesz tej odwagi i myślisz „Cholera, mam 40 lat i mam nosić skarpetki w różowe kropki?”, to zmienisz zdanie, gdy pierwszy raz je wybierzesz na element Twojej codziennej garderoby.

Autor wpisu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Newsletter

BONUS: Jak się robi e-handel w Polsce?
72-stronicowy ebook (pdf)
- zbiór wywiadów z właścicielami sklepów

Zamknij

Najlepsze poradniki i informacje
e-commerce prosto na Twój e-mail!

Bonus dla Ciebie:
PDF, 72 strony!

Wpisz swój adres e-mail, aby rozpocząć prenumeratę newslettera od eKomercyjnie.pl.

Od razu wyślemy do Ciebie:

  • BONUS #1: Jak się robi e-handel w Polsce? Rozmowy z właścicielami sklepów internetowych (magazyn .pdf, aż 72 strony!)
     
  • BONUS #2: Piętnaście gotowych sposobów na ulepszenie sklepu internetowego!
    (poradnik .pdf)